Piszę to świadectwo już po jakimś czasie, bo mój synek ma prawie dwa latka, jednak zbierałam się do tego trochę długo, a Matce Bożej złożyłam obietnicę, że gdy mnie wysłucha, ja zostawię tego świadectwo właśnie tutaj. Sama szukałam tu świadectw i podobnych historii, które budowały mnie od chwili kiedy nasz świat rozsypał się na miliard kawałków.
No więc po ślubie, zaczęliśmy z mężem dość szybko starać się o dziecko. Udało się właściwie za pierwszym razem od podjętej próby. Radość niesamowita. Ja już w pierwszym tygodniu, kiedy wiedziałam o ciąży pobiegłam do kościoła prosić o to aby wszystko dobrze się poukładało.
Przyszedł czas na pierwsze badania prenatalne, na których niestety dowiedzieliśmy się, że jest pewna nieprawidłowość – podwyższona przezierność karkowa. Ja ani mąż nie mieliśmy pojęcia co to w ogóle oznacza, a od lekarza usłyszeliśmy tylko, że dziecko może mieć zespół downa lub inne problemy. Oczywiście rozpacz, niedowierzanie, codziennie miliard łez i szukanie pocieszenia w internecie, że może jednak nie jest to wyrok. Wtedy właśnie zaczęłam odmawiać pierwszą nowennę pompejańską. Modlitwę znałam, wiedziałam, że jest wymagająca i zdecydowałam, że właśnie w takiej sytuacji muszę po nią sięgnąć. Modląc się czekałam z nadzieją na badania połówkowe na których okaże się, że jednak ryzyka nie ma.
Niestety na badaniach połówkowych, które notabene miały miejsce w Wielki Piątek usłyszeliśmy, że nasze wymarzone dziecko miało wadę serca, ktora będzie wymagała korekty po porodzie. Nie wierzyliśmy w to. Był to dla nas prawdziwy Wielki Piątek. Nie jestem w stanie opisać tego, co wtedy czuliśmy, bo zrozumie to tylko ten, kto musiał się kiedykolowiek z taką informacją zmierzyć. Płakaliśmy z mężem tak, że brakowało nam tchu. Jednak pomimo tej informacji gdzieś tam głęboko w sercu czułam, że musi być dobrze. Jakby taka jedna mała iskierka próbowała się gdzieś przebić przez ten mrok i ciemność, która rozlała się na moje serce.
Zostaliśmy skierowani do lekarki w Rudzie Śląskiej, która już do samego rozwiązania miała nas monitorować i prowadzić. Ja podjęłam w między czasie kolejną nowennę pompejańską. Dostawaliśmy na tych wizytach wiele pocieszenia, bo okazywało się, że w całym naszym nieszczęściu jest jednak trochę szczęścia i serduszko naszego synka raczej kwalifikowało się do całkowitej korekty po porodzie. Pani docent skierowała nas do szpitala gdzie w jej opinii otrzymamy najlepszą opiekę po porodzie. Tego samego dnia, kiedy zasugerowała nam szpital, mój tata jechał do Warszawy pociągiem, którym właściwie miał nie jechać i zdecydował się na to w ostatniej chwili. Właśnie podczas tego przejazdu okazało się, że siedzi obok lekarki, która pracuje jako anestezjolog właśnie w tym szpitalu i znieczula maluszki właśnie do tych zabiegów. Nie mogliśmy w to uwierzyć, bo zapewniła nas o swojej pomocy i o tym, że pokieruje nas do lekarza, który ten zabieg przeprowadzi. To był jeden z tych wyraźnych cudów, o którym jestem przekonana, że był owocem modlitwy.
Poczuliśmy wtedy z mężem olbrzymią nadzieję i takie poczucie, że czuwa nad nami Opatrzność, która nas w tym wszystkim nie zostawi. Przyszło pocieszenie. Modliliśmy się też do św. Andrzeja Boboli, o którego wstawiennictwie również jesteśmy głęboko przekonani, bo działy się nieprawdopodobne „zbiegi okoliczności”. Cała ciąża poza tą informacją przebiegała książkowo. Nasz synek rósł w nieprawdopodobnym tempie, pięknie się rozwijając i już w brzuchu pokazywał, że do spokojnych należeć nie będzie 🙂
W końcu nadszedł czas porodu. Nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale byliśmy napełnieni jakąś nadzieją, która pozwoliła nam skupiać się pomimo strachu na radości oczekiwania spotkania z naszym synem. Wszystko zawierzaliśmy, a ja przy sobie miałam cały czas różaniec i relikwie św. Andrzeja Boboli.
Przyszło do porodu, który ze względu na wagę synka lekarze zdecydowali się mi wywołać, ale pozwolili rodzić naturalnie, choć część ciąży myślałam, że to w ogóle nie będzie możliwe. Niestety poród do łatwych nie należał, były po drodze komplikacje, ale udało się. Przyszedł na świat On, który przywitał się z nami nie wymagając intubacji ani żadnej natychmiastowej interwencji, chociaż lekarze ostrzegali, że może być różnie. Oddychał sam, a my mogliśmy choć na chwilę go przytulić i poczuć się „normalnie”, zanim zabrali go na intensywną terapię noworodka.
Po nocy niosła nas adrenalina po porodzie i nadzieja, że skoro od początku tak pięknie sobie radzi to na pewno wszystko będzie dobrze. Rokowania były od początku takie, że może zabieg nie będzie nawet konieczny od razu, tylko po okresie pierwszego roku życia, kiedy podrośnie.
Niestety. Kolejne informacje jakie otrzymywaliśmy wcale nie były takie pozytywne. Zaczęło się od tego, że wada jest trochę gorsza niż myśleliśmy – skorygowane przełożenie pni tętniczych, a synkowi prawdopodobnie nie wykształciła się śledziona. Mierzyliśmy się z tymi informacjami, który rozdzierały nam serca, jeżdżąc każdego dnia na intensywną terapię, gdzie mogliśmy z naszym synem spędzić zaledwie chwilę, zawożąc mu mleko, które udawało mi się odciągnąć. Każdy dzień wyglądał tak samo. Nie mogłam uwierzyć idąc tam za każdym razem, że to nas spotkało. Płakałam widząc go popodłączanego do wszystkich aparatur z maską na twarzy. Każdy z rodziców, kto przeżył to piekło pobytu na intensywnej terapii noworodka, wie jaki to koszmar. Wiedzieliśmy już, że przed powrotem do domu musi mieć mniej inwazyjny zabieg udrożnienia zastawki płucnej, która była zwężona, a pełną korekcję serca będzie mógł mieć dopiero po roku, kiedy będzie większy. Czekaliśmy na badania i kwalifikację do zabiegu.
Kolejna mrożąca informacja. Kiedy wydaje ci się, że nie może stać się już nic gorszego, dowiedzieliśmy się, że synek został zarażony sepsą. Nie wiem jak ja w ogóle ustałam na nogach dowiadując się o tym. Lekarze powiedzieli, że będą robić co mogą, ale muszą być z nami szczerzy, że może być różnie. Wiadomo, że różnie oznacza, że po prostu kolejnego dnia może już go nie być.
Codziennie rano byłam na Eucharystii, bo tylko to trzymało mnie przy życiu. Dostawałam siłę z nieba żeby wstać i w ogóle móc dojechać do szpitala. Trwało to około dwa tygodnie, a w trakcie działy się „małe cuda”. Nasz synek nie miał właściwie żadnych klinicznych objawów sepsy, a ze wszystkich procedur, które lekarze sugerowali, że raczej będą konieczne, nic nie musiało mieć miejsca. Już wtedy wiedzieliśmy, że to prawdziwy wojownik. Okazało się też po ponownym tomografie, że śledziona jednak jest. Czy była i ktoś jej nie znalazł czy też pojawiła się za przyczyną cudu? Nie wiemy tego na 100%, ale były to nasze małe, a może i ogromne szczęścia, w tym całym strasznym scenariuszu. Widziałam, że wyniki badań zadziwiały nawet lekarzy, bo płytki krwi wzrastały w jakimś nieprawdopodobnym tempie. Codziennie zanurzałam synka duchowo w świętej Krwi Chrystusa. Zdecydowaliśmy się również na Chrzest w szpitalu.
W końcu z badań wyszło, że nasz wojownik pokonał sepsę i został zakwalifikowany do zabiegu. Zabieg się udał, a odbył się w święto Matki Bożej Częstochowskiej, u której byłam na końcówce ciąży prosić o zdrowie dla niego. Te wszystkie znaki, o których nie jestem nawet w stanie tu wszystkiego napisać cały czas przypominały „Ja Jestem i nie ma dla Mnie nic niemożliwego”. Dawały nadzieję, której nikt nie jest w stanie nas pozbawić.
W końcu mogliśmy wrócić do domu. Pamiętam pierwszą noc po ponad miesiącu w szpitalu. Kiedy nasz synek był z nami w domu. Spał spokojnie, bez żadnych kabelków. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Patrzyliśmy na niego prawie całą noc.
Rok upłynął naprawdę szczęśliwie. Żyliśmy zupełnie normalnie, jak każdy inny rodzic, a nasz synek funkcjonował i rozwijał się jak każde inne dziecko. Czuliśmy szczęście choć jeszcze w głowie myśl, że w okolicy roku czeka nas pełna korekta, czyli dużo bardziej rozległa operacja.
Przyszedł więc ten czas. Zostaliśmy zakwalifikowani do zabiegu, a stało się to dużo wcześniej, ponieważ nasz synek tak pięknie i dynamicznie rósł. Ku naszemu szczęściu okazało się, że będziemy mogli mieć to szybciej za sobą. Operacja odbyła się i mimo wielu ryzyk usłyszeliśmy po kilkunastu godzinach, że wszystko jest dobrze i udało się. Radość i ulga była ogromna. Do domu zostaliśmy wypisani w święto św. Andrzeja Boboli, który również patronował nam przez cały czas.
Przyszedł czas kontroli po operacji. I wtedy niestety znów nasz świat rozsypał się na kawałki, ponieważ zupełnie tego nie oczekując, usłyszeliśmy, że jest jakieś niedomknięcie, prawdopodobnie naderwany szew, ale nikt nie był pewien co dokładnie się stało i nasz synek wymaga natychmiastowej reoperacji… Do dziś niestety nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego to wtedy musiało się stać, choć dostaliśmy tyle znaków, że wszystko się już wypełniło. Ale nie było wyjścia, musieliśmy wrócić do szpitala i przetrwać. Pisząc przetrwać naprawdę była to walka o przetrwanie bo pobyt z dzieckiem w szpitalu po operacji to koszmarne doświadczenie.
Reoperacja przebiegła pomyślnie, a nasz synek odzyskiwał formę w ekspresowym tempie. W końcu mogliśmy już naprawdę wrócić do domu i zacząć cieszyć się naszym wspólnym życiem. Mój tata dostał po porodzie takie przeświadczenie, że w końcu będzie nas czekać Kana Galiliejska po tym całym cierpieniu. W sierpniu moja siostra miała wesele. I naprawdę będąc tam czuliśmy w końcu to wszechogarniające szczęście, że przetrwaliśmy to i możemy cieszyć się sobą.
Piszę to świadectwo dokładnie rok po tym, kiedy w końcu zebrałam się na gotowość napisania tej historii. Choć piszę to ze ściśniętym brzuchem, kiedy wszystkie te trudne wspomnienia wracają.
Ale piszę to po to, bo pomimo tych wszystkich trudów, totalnie czarnych dni, oceanów łez, naszej niewiarygodnie trudnej drogi… ja naprawdę mam w domu zdrowe dziecko, o które się modliłam. Niesamowicie sprawne, zadziwiające wszystkich nawet tych, którzy nie mają pojęcia co mu się przytrafiło. Nasz syn od rana do wieczora biega, skacze, gra w piłkę, jeździ na rowerze, a w wieku 18 miesięcy zjechał sam na nartach. Jest duszą towarzystwa, wesoły, uroczy, piękny. Rozwija się jak każde inne dziecko. O tym co przeszedł przypomina nam tylko blizna i kontrole w szpitalu. I choć nie wiemy co nas czeka w przyszłości, jestem wdzięczna, za to co mamy teraz. A wierzę, że nasz Pan uleczy któregoś dnia całkowicie moje serce po tej traumie.
Chcę tą historię zostawić dla każdego człowieka, który przeżywa swój Wielki Piątek z jakiegoś powodu. Ale przede wszystkim dla każdej Mamy, która szuka tu nadziei. Dziękuję Ci Matko Boża Pompejańska, że ciągle byłaś. Przy każdej łzie, każdym smutku, każdym upadku mojej nadziei. Dziękuję, że wysłuchałaś mojej modlitwy.