Świadectwo nie dotyczy tylko nowenny pompejańskiej, bo praca nad ratowaniem mojego małżeństwa przebiegała wielotorowo, ale od niej właśnie wszystko się zaczęło. Zachęciła mnie do niej przyjaciółka, która nowenną pompejańską ratowała wcześniej swojego umierającego po wypadku męża – oczywiście z pozytywnym skutkiem. Rozpoczęłam ją odmawiać 3 dni po tym jak w jednej chwili zawalił się cały mój świat.
Mąż zostawił mnie w 5 miesiącu ciąży i z drugim niespełna trzyletnim dzieckiem i odszedł do kochanki kiedy odkryłam zdradę. Romans ten trwał wówczas piąty miesiąc, od poczatku ciąży. Mąż chciał rozwodu, nie chcial niczego naprawiać tylko budować przyszłość z kochanką. Ona dla mojego męża rzuciła wszystko, również rozbiła swoją rodzinę (też miała wówczas 3 letnie dziecko) i pół roku później się rozwiodła i zamieszkała oficjalnie z moim mężem.
Ja nie zgodziłam się na żaden rozwód i podjęłam decyzję o ratowania męża (tak mimo tego że bardzo mnie krzywdzil to on rowniez był w głębokim kryzysie i potrzebował pomocy mimo że twierdził i robił coś zupełnie innego) i naszego małżeństwa. Nigdy nie byłam jakoś bardzo wierząca ale wtedy stwierdziłam że albo Bóg mi pomoże albo nic.
Odmówiłam 3 nowenny pompejańskie – 2 o ratowania małżeństwa, trzecią o nawrócenie męża, do tego 30 dniową nowenne do świętego Józefa, nowenne o rozwiązanie węzła i wiele innych modlitw (także za kochankę). Przystąpiłam do róży za mężów. Zamówiłam msze wieczyste, msze w lokalnym Kościele i w Pompejach. Tylko to nie było zwykłe klepanie zdrowasiek – podczas modlitwy nachodziły mnie różne refleksje, płakałam, zaczynałam rozumieć wiele rzeczy, znajdowałam winę także w sobie i zmieniałam siebie. Chyba można powiedzieć że to była też dla mnie pewnego rodzaju terapia.
Po kilku miesiącach mąż też zaczął się zmieniać, zaczęliśmy rozmawiać, zaczął mieć wątpliwości czy aby napewno robi dobrze. Pod koniec kryzysu pojechał ze mną na mszę o uzdrowienie, kilkukrotnie sam odmówił różaniec. Tam z kochanką układało im się wspaniale do samego końca, uważali ten związek już za oficjalny więc zaczęli wyjeżdżać wspólnie na wakacje, ciekawie spędzać wolny czas itd. Dodatkowo mieli akceptację i wsparcie rodziny z obu stron, dlatego to było wszystko bardzo trudne.
Jednak się udało. Po 10 miesiącach mąż wrócił do domu. Przystąpiliśmy do wspólnoty trudnych małżeństw sychar, codziennie razem się modlimy, pogłębiliśmy znajomości z osobami wierzącymi, którzy w nas wierzyli i wspierali. Zbliżyliśmy się do Boga. Ta sytuacja była po ludzku nie do uratowania, niewiele osób w to wierzyło, ludzie pukali się w głowę co ja w ogóle robie, jak mogę jeszcze w ogóle myśleć o nim i o tym że możemy być razem. Nawet na katolickich grupach, pod postami z prośbą o modlitwę czytałam tylko „zostaw to”, „martw się o siebie i dzieci”, „ludzie się nie zmieniają”, „nie warto, zdradził raz to juz zawsze bedzie”, „pomodlę się ale o rozum dla Ciebie żebyś wreszcie sie otrząsneła” itp itd. Było to bardzo dla mnie dołujące i podcinające skrzydła. Jednak nikogo nie słuchałam i robiłam swoje.
Mąż wychodził do kochanki a ja go błogosławiłam. Często miałam dość, nie miałam już siły, czułam wielką niesprawiedliwość, ale zawsze po chwili zwątpienia dostawałam nową siłę i nadzieję że będzie dobrze, że muszę wytrwać w tym. Bałam się że będzie mnie to bardzo dręczyć, że nie będę potrafiła ponownie zaufać i będę sprawdzać męża na każdym kroku. Nic takiego nie ma miejsca. Ja tylko podjęłam decyzję że wybaczam i nie wracamy do tego, Bóg zrobił za mnie resztę i zabrał mi ten cały ból i niepewność.
Od powrotu męża minęło kolejne 10 miesięcy. Żyjemy normlanie, naprawdę układa nam się bardzo dobrze, wiem że mogę mu teraz ufać. Wiadomo że jeszcze dużo pracy przed nami bo ciężko wyjść ze schematów w których żyliśmy, ale szczerze to chyba nigdy wcześniej nie było lepiej niż teraz. Dziś mogę powiedzieć że jestem wdzięczna za ten kryzys i to wszystko przez co przeszliśmy. Tak naprawdę to dało nam szansę na zbudowanie tego małżeństwa na nowo, na zupełnie innych, wartościowych fundamentach.
Było bardzo ciężko ale było warto. Każdy może się w życiu pogubić – ważne żeby umieć się przyznać do winy (która prawie zawsze leży po obu stronach), wyciągnąć wnioski i chcieć zmiany. Uważam że rodzina i małżeństwo to ogromna wartość i należy zrobić wszystko aby to uratować. A to co dziś mówi i wyprawia współczesny świat… nie mogę na to patrzeć. Mam nadzieję że moja historia doda komuś sił, napełni nadzieją i umocni wiarę. Bo „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Chwała Panu! 🙂