Wybaczcie, nie będę wchodził w szczegóły i opisywał mojej historii. Wystarczy, jeśli powiem, że skutkiem moich – podjętych u progu dorosłości – decyzji i biegu zdarzeń był trwający wiele lat katastrofalny stan psychiczny.
Nawracające kilka razy w tygodniu migreny, niemal uniemożliwiające funkcjonowanie, depresja, lęki, wreszcie przytłaczające poczucie winy. Po ponad dwudziestu latach udało mi się nieco otrząsnąć z tego koszmaru, ale tylko do pewnych granic. Nie mogłem zapomnieć doświadczeń, zwłaszcza, że odcisnęły one piętno nie tylko na mnie samym, ale także innych osobach, które kocham.
Nie potrafiłem unieść tego ciężaru. Psychoterapeuci, psychiatrzy, leki przeciwdepresyjne pomagały w niewielkim stopniu. W końcu pogodziłem się z myślą, że takie jest moje życie i nie da się tego zmienić, że nie wiem i zapewne nigdy nie będę wiedział, co znaczy czuć się dobrze.
Moim środkiem przeciwbólowym stał się alkohol. Przez długie lata piłem często, później już co dzień, każdego wieczoru, by choć na kilka godzin odpędzić dręczące mnie nieustannie wspomnienia i myśli.
W styczniu 2026 roku zacząłem nowennę pompejańską w intencji jednej z osób, dotkniętych w tragiczny sposób przez wydarzenia, których byłem uczestnikiem, a po części przyczyną. Uznałem, że wyczerpałem wszystkie inne możliwości, że nie potrafię tej osobie pomóc inaczej, jak tylko w ten sposób.
W gruncie rzeczy, już samo to było zastanawiające, bo chociaż jestem katolikiem, różaniec – który uważałem za „klepanie zdrowasiek” – zawsze budził we mnie głęboką niechęć. Co prawda, wielokrotnie słyszałem o nowennie pompejańskiej, jednak odkryłem ją dla siebie dopiero, gdy przypadkowo trafiłem na jeden z filmów o. Adama Szustaka. Jeszcze bardziej zastanawiający był fakt, że w trakcie tej mojej pierwszej nowenny, zmieniłem zdanie o różańcu o 180 stopni.
W tym samym czasie, u kresu wytrzymałości, po raz kolejny postanowiłem spróbować psychoterapii. Była to co prawda porażka, jednak terapeutka zasugerowała mi, bym poszedł na spotkanie AA. Cóż, poszedłem. Raz, drugi i stwierdziłem, że to naprawdę bardzo dobrze mi robi, że filozofia tej wspólnoty ma głęboki sens.
Następnie zacząłem drugą nowennę pompejańską, już w swojej własnej intencji. Chciałem skończyć z piciem. Nie potrafiłem sam tego zrobić. W ciągu kilku dni, poczułem bardzo wyraźnie, że coś się ze mną dzieje – coś się zmienia. Ciężar, który nosiłem stawał się coraz lżejszy, tak jakby ktoś wyjmował kamienie z plecaka, który tyle lat przygniatał mnie do ziemi. W końcu, ciężar zniknął, a ja od kilku tygodni nie tknąłem alkoholu i stało się właściwie bez żadnego wysiłku z mojej strony, choć wcześniej wydawało mi się właściwie niemożliwe.
Jest po prostu inaczej niż było. Trudno to opisać, ale inaczej się czuję, inaczej postrzegam świat. Bez wszechogarniającej rozpaczy, bez obezwładniającego lęku. Mam nadzieję, że tak będzie dalej, że koszmar mojego „dawnego ja”, nie powróci. Ale nawet jeśli przede mną jeszcze nie jedna burza wiem, że można doświadczyć cudu.