Przez lata żyłem w relacji, w której wszystko musiało kręcić się wokół jednej osoby. Praktycznie od samego początku, mimo moich ponadprzeciętnych starań: dbania o rodzinę i dom trzymając się zasad wiary, doświadczałem chłodu, braku empatii, obrażania, poniżania, narastającej agresji i przemocy, która zaczęła dotykać również dzieci.
Jednocześnie na zewnątrz postrzegana była za wspaniałą i zawsze pomocną osobą. Wciąż nie rozumiałem, co robię źle, że tylko mnie i dzieci tak traktuje. Przez długi czas sądziłem, że ten ciężar to mój krzyż, który muszę nieść dla dobra rodziny.
Z roku na rok starałem się być coraz lepszym mężem i ojcem, wciąż szukając winy u siebie – co zresztą cały czas ta osoba sugerowała, zrzucając każdą winę na mnie bądź na dzieci. Mimo wyłącznie mojej pracy zarobkowej w której szło mi coraz lepiej – mogłem pracować coraz mniej, więc przejmowałem kolejne obowiązki – opieka nad dziećmi, sprzątanie, gotowanie, pranie… w nocy do dzieci wstawałem praktycznie tylko ja. W ciągu dnia znajdowała dla nich czas, gdy mogła się nimi pochwalić lub potwierdzić wizerunek „idealnego rodzica”. Im więcej dawałem z siebie – tym więcej chciała (jakby wlewać do dziurawego naczynia).
Bóg w tym wszystkim mnie nie opuszczał – ja stawałem się lepszy – w tych zwykłych, codziennych rzeczach odnajdowałem radość, a ona zaczynała obnażać swoje prawdziwe oblicze. Doszedłem do ściany, zrozumiałem, że nie da się tak dalej żyć – odmawiała mi nawet podania ręki w kościele na znak pokoju – twierdząc że na to nie zasługuję. Najgorsze było to, że przy tym wszystkim cierpiały dzieci, które też miały dość tej sytuacji – same mnie namawiały, abym zostawił mamę i żebyśmy zamieszkali sami. Ona nie chciała się na to zgodzić, twierdząc, że ja jestem źródłem problemu, a ona idealną matką.
Myślałem, że próbowałem już wszystkiego, aby naprawić tę sytuację. Przypomniałem sobie jednak o Nowennie Pompejańskiej – modlitwie „nie do odparcia”, o której słyszałem, że działa cuda, ale nigdy wcześniej jej nie odmawiałem. Pomyślałem – to moja ostatnia deska ratunku. Dopiero gdy zaufałem Maryi i zacząłem moją pierwszą w życiu nowennę, szybko zacząłem otrzymywać namacalne znaki Bożego prowadzenia. Wiele z nich zachowuję w sercu, ale najważniejsze było spotkanie księdza, który w końcu otworzył mi oczy. Uświadomił mi, że to, w czym tkwię, to po prostu zło i że nie wolno mi godzić się na krzywdę w rodzinie. Zasugerował, że przyczyną może być zaburzenie osobowości (narcyzm, psychopatia itp.), podesłał mi dokumenty z prawa kanonicznego z których jasno wynikało, że cechy tej osoby wskazują na jej niezdolność do zawarcia małżeństwa. To dało mi siłę, by przestać nazywać to piekło „krzyżem” i w końcu zawalczyć o spokój dla siebie i dzieci.
Maryja nie zmieniła tamtej osoby, ale odmieniła mnie – otworzyła mi oczy na prawdę. Ta wewnętrzna przemiana była tak silna, że w 27. dniu modlitwy przebudziłem się niespodziewanie o 5:00 i nagle spłynęły na mnie oczyszczające łzy spokoju, wolności i prawdy. Poczułem, że szczęśliwe małżeństwo, o które modliłem się w tej nowennie pompejańskiej, jest dopiero przede mną. Po odmówieniu jeszcze z rana ostatniego dnia części błagalnej, poczułem ogromny spokój i Bożą obecność. Zdjąłem obrączkę z ogromną ulgą – czułem, że nie mogę jej dalej nosić. Stałem się wolny – zrozumiałem, że już nie muszę walczyć o coś, czego nigdy nie było. Dotarło do mnie wtedy, że najważniejsze słowa przysięgi o miłości wymagają daru z siebie samego. Skoro po drugiej stronie nigdy nie było zdolności do takiego daru, to ten sakrament w rzeczywistości nigdy nie zaistniał.
W podzięce za to „przebudzenie” pojechałem do Pompejów, by osobiście podziękować Matce Bożej. To był dla mnie niesamowity czas jedności z Maryją i mojego odrodzenia – czas, który dał mi nową siłę (na pewno jeszcze tam wrócę). Czułem ogromną potrzebę, by dzielić się tym odkryciem z innymi i zachęcać do nowenny, bo zobaczyłem, jak niesamowicie ona działa. Już na drugi dzień po powrocie wręczyłem pierwszy różaniec z zachętą do Nowenny Pompejańskiej. Sam odmawiam już ósmą nowennę. Odmawiam w intencjach zarówno własnych, jak i za innych. Modlitwa różańcowa stała się moją codziennością, daje mi siłę, przybliża mnie do Boga – zacząłem coraz częściej chodzić na adoracje i Msze Święte.
Teraz z czystym sumieniem zaczynam budować życie na nowo. Obecnie jestem na etapie formalnego porządkowania mojej przeszłości, zarówno w sądzie biskupim (stwierdzenie nieważności małżeństwa) jak i cywilnym (dla dobra dzieci staram się o pełną opiekę). Wiem, że te procesy wymagają czasu i cierpliwości, ale przechodzę przez nie z pełnym spokojem, który daje mi opieka Maryi. Wierzę głęboko, że Ona pomoże mi wypracować najlepsze rozwiązanie dla dzieci, by mogły wzrastać w spokoju i bezpieczeństwie.
Czuję, że to, czego doświadczyłem nie było przypadkiem – był w tym Boży plan. Teraz piszę to świadectwo anonimowo, ale po zakończeniu spraw formalnych, chcę jawnie dzielić się moimi doświadczeniami i pomagać innym w sytuacjach podobnych do mojej. Od mojego „przebudzenia” minął już ponad rok i w tym czasie spotkałem kilka osób zmagających się z identycznymi problemami. Widzę, że rozmowa i wsparcie kogoś, kto doświadczył tego samego, są niezastąpione. Jest to szczególnie ważne, ponieważ druga strona, po odkryciu o niej prawdy sieje kłamstwo gdzie tylko może, byle tylko zachować swój idealny wizerunek. Zostaje się praktycznie samemu. Wtedy człowiek zaczyna głębiej rozumieć tajemnicę osamotnienia Jezusa pod krzyżem, przy którym zostali tylko najwierniejsi… i Maryja. Ona mnie też nigdy nie opuściła.
Dzięki modlitwie zrozumiałem, że fundamentem szczęśliwego małżeństwa jest przede wszystkim głęboka duchowa więź. To przy niej jedno spojrzenie, jeden uśmiech czy zwykła obecność drugiego człowieka powinny dawać nam niewypowiedziane szczęście. Wierzę, że Matka Boża postawi na mojej drodze osobę, która w pełni zaakceptuje moją przeszłość, z którą wspólnie będziemy mogli zbudować dom na wzór Maryi i Józefa – dom oparty na Bogu, dając dzieciom piękny przykład wiary i miłości. Moja historia nauczyła mnie, że to, co najważniejsze, jest często niewidoczne dla oczu, a prawdziwa wiara i miłość rodzi się w ciszy i pokorze. Modlitwa różańcowa pomaga otworzyć serce na to, czego oczy nie dostrzegają. Przed ślubem warto odmówić Nowennę Pompejańską w intencji dobrego męża lub żony. To tylko 54 dni modlitwy, a nagrodą może być szczęśliwe małżeństwo na całe życie.
Typowy narcyz ukryty, na zewnątrz idealny, pomocny a w domu nie do wytrzymania. Warto posłuchać
https://www.facebook.com/share/v/1FxMgQdfw3/
ja miałam podobnie z moim mężem, wszystkim się zajmowała, pracowałam, wychowywałam synka, a on tylko z tego korzystał, do tego był agresywny do mnie i do dziecka, dzięki Bogu nie wzięliśmy ślubu kościelnego… teraz widzę że te trudności też były mi potrzebne aby zbliżyć się do Boga w czym pomaga mi modlitwa na różańcu
Wzruszające świadectwo… ja mam podobnie. Z byłą „żoną” (wiem że nigdy w oczach Boga żoną nie była) nie dało się dogadać, zawsze musiała postawić na swoim, nie widziała u siebie nigdy żadnej winy, wszystko tylko moja wina. Kłótnie, awantury o byle co na porządku dziennym… Mam już rozwód cywilny i też staram się o stwierdzenie nieważności. Życzę powodzenia!
Piękne świadectwo.