Dwa lata temu mój świat się zawalił. Mój sakramentalny mąż odszedł, zostawiając mnie z ogromnym bólem, tysiącem pytań i nadzieją, że jeszcze wróci do Boga, do naszej rodziny i do naszego małżeństwa.
Szukając pomocy, dołączyłam do katolickich grup modlitewnych dla osób przeżywających kryzys małżeński. Tam prosiłam o modlitwę za moje małżeństwo i za mojego męża. To właśnie dzięki osobom z tych wspólnot po raz pierwszy usłyszałam o Nowennie Pompejańskiej. Wiele osób zachęcało mnie, abym zaufała Matce Bożej i podjęła tę modlitwę.
Półtora roku temu rozpoczęłam swoją pierwszą Nowennę Pompejańską. Moją intencją był powrót mojego męża do Boga, do naszej rodziny i do naszego sakramentalnego małżeństwa.
Z czasem odmówiłam kolejne nowenny. Łącznie było ich pięć lub sześć. Modliłam się nie tylko o mojego męża, ale również za kobietę, z którą się związał, prosząc dla niej o Boże miłosierdzie i nawrócenie. W pewnym momencie zrozumiałam, że sama również potrzebuję nawrócenia i zaczęłam modlić się także o przemianę własnego serca.
Po ludzku wydawało mi się, że Maryja nie odpowiada na moje prośby. Mąż nie wracał, a moje cierpienie nie ustępowało. Dziś wiem, że odpowiadała od samego początku – tylko nie w taki sposób, jakiego oczekiwałam.
Maryja postawiła na mojej drodze Anetę, organizatorkę pielgrzymek. Od roku jeżdżę z nią na zawierzenia do Matki Bożej Częstochowskiej oraz do wielu sanktuariów w całej Polsce. Każda pielgrzymka stawała się kolejnym krokiem mojego nawrócenia. Zaczęłam częściej uczestniczyć we Mszy Świętej, korzystać z sakramentu pokuty, trwać na adoracji Najświętszego Sakramentu i coraz głębiej poznawać Boga. Maryja nieustannie prowadziła mnie do swojego Syna.
Na tej drodze Pan Bóg zostawiał również małe znaki swojej obecności. Jednym z nich było zdjęcie wykonane podczas wyjazdu do Władysławowa. Dopiero po powrocie zauważyłam na niebie wyraźnie zarysowane serce. Dla wielu mogły to być tylko chmury. Dla mnie był to cichy znak, że Bóg jest blisko i widzi moje łzy.
Po roku całkowitego milczenia wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Mój mąż odezwał się do mnie. Spotkaliśmy się. Rozmawialiśmy spokojnie. Powiedział, że dziękuje za to spotkanie. Zapytał mnie również, czy nadal chciałabym, aby wrócił. Odpowiedziałam bez wahania, że tak, ponieważ ślubowałam przed Bogiem, a nie tylko przed ludźmi.
Nie oznacza to, że wszystkie moje problemy się skończyły. Nadal czekam. Nadal się modlę. Nadal wierzę. Ale dzisiaj robię to już z innym sercem. Z większym pokojem i zaufaniem, że Bóg prowadzi mnie najlepszą drogą, nawet jeśli nie zawsze ją rozumiem.
Czy moja modlitwa o męża została już całkowicie wysłuchana? Wierzę, że Bóg nadal działa. W swoim czasie i na swój sposób. Wiem jednak jedno – żadna z odmówionych Nowenn Pompejańskich nie była zmarnowana. Każda z nich pozostawiła owoc w moim sercu.
To świadectwo piszę również po to, aby podziękować wszystkim osobom, które modliły się za moje małżeństwo. Być może nie wiedzą, jak wiele ich modlitwa zmieniła w moim życiu.
Jeśli dziś czytasz te słowa i przeżywasz kryzys małżeński, nie poddawaj się. Nawet jeśli po ludzku wszystko wydaje się stracone, dla Boga nie ma nic niemożliwego. Zaufaj Maryi. Ona zawsze prowadzi do Jezusa. A Jezus potrafi uczynić więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
Na koniec chciałabym zostawić słowa, które dziś noszę głęboko w sercu: Nowenna Pompejańska nie zmieniła od razu mojego męża. Najpierw zmieniła mnie. I dziś wiem, że to właśnie od przemiany mojego serca Bóg rozpoczął odbudowę mojego życia.