7 miesięcy temu przeżyliśmy z mężem najgorszą ciemną noc w życiu. 7 godzin po porodzie nasz synek odszedł. Był to dla nas rozdzierający ból bo cała ciąża przebiegała idealnie a synek był zdrowy.
Powoli podnosimy się z ziemi a ja w październiku rozpoczęłam nowennę pompejańską bo okazało się że niezbyt dobrze się wszystko w środku goiło i była nisza w bliźnie i prosiłam Pana poprzez Najświętszą Maryję aby wszystko się zagoiło a nisza zniknęła (choć jak czytałam z medycznego pkt widzenia nie jest to możliwe). Chcieliśmy z mężem postarać się jeszcze raz więc było to kluczowe. Po odmówieniu nowenny pompejańskiej kiedy następnego dnia chciałam zmówić po prostu różaniec (ten sam na którym odmawiałam nowennę) ten różaniec pękł mi w rękach. Sznureczki pękły a koraliki się posypały. Poczułam wtedy jak zalewa mnie jakaś taka niewytłumaczalna fala ulgi tak jakby Maryja chciała mi przekazać że zostałam wysłuchana. Zaraz po nowennie pompejańskiej miałam wizytę i okazało się że nisza nadal jest i nawet nie rozpuściły się dobrze nitki w szwie. Nie byłam wtedy zawiedziona stwierdziłam trudno skoro tak to mimo wszystko z mocą Bożą postaramy się w takich warunkach jakie są i nie przestałam się modlić odmawiając codziennie różaniec.
3 dni temu byłam na kolejnej wizycie u świetnego ginekologa którą miałam odwołać ale ostatecznie poszłam. Podczas badania lekarz stwierdził że ,,ale jest Pani ślicznie pozszywanana. Żadnej niszy. Wszystko się super zagoilo’”. Kilkukrotnie pytałam lekarza czy naprawdę nie widzi niszy ale sprawdzał i nic nie było! Popłakałam się, że po tym wszystkim Maryja i jej Syn zaplanowali dla mnie taki cud i że zostałam wysłuchana.
Mam nadzieję, że nie opuszcza mnie w dalszej drodze i że ja nie opuszczę ich w mojej modlitwie. Jeżeli macie chwilę to pomódlcie się krótko w mojej intencji abym poczęła i urodziła zdrowe dziecko i tym razem mogła się cieszyć macierzyństwem. Bóg zapłać!